Monthly Archives: Listopad 2017

Abarth 124 Spider – ukąszenie skorpiona

Tegoroczne wakacje bardzo mnie zawiodły. Tym razem winy nie zrzucę na swojego pracodawcę, opóźniony urlop żony, czy inne kataklizmy. Wiele planów na naprawdę fajny wypoczynek pokrzyżowała mi pogoda. Ta w okresie urlopowym była iście nie wakacyjna. Dni, w których termometr wskazywał ponad 25 stopni można było policzyć na palcach jednej ręki. Dla mnie – osoby, która lubi niskie temperatury nie powinno to być problemem. Wrażenie chłodu potęgował deszcz, którego akurat w te wakacje nie brakowało. I tu nawet ja miałem problem. Świetnie zapowiadający się test nowego kabrioletu stanął pod znakiem zapytania. Co z tego, że wakacje. Co z tego, że urlop, skoro całą frajdę z jazdy takim samochodem zniszczyła pogoda.


Wieczorem, dzień przed rozpoczęciem testu nerwowo skakałem po kolejnych kanałach telewizyjnych w oczekiwaniu na prognozę pogody. Płonne nadzieje nie zostały rozwiane. Niską temperaturę jakoś przeżyje, ale deszcz?
W dniu rozpoczęcia testu nawet niesprzyjające warunki atmosferyczne nie potrafiły zepsuć mi humoru. Na parkingu stał bohater najbliższego tygodnia. Ucieleśnienie marzeń prawdziwego mężczyzny. Długo wyczekiwany kabriolet ze skorpionem na masce. Czy już się domyślacie jaki samochód trafił w moje ręce? Nie, nie był to miejski Abarth 500C, który tak naprawdę tylko udaje kabrio. Szalony tydzień spędziłem z „lepszą” wersją 124 Spider od Fiata.
Doskonale pamiętam jego premierę na Salonie Samochodowym w Genewie w 2016 roku. Abarth 124 Spider, jak i Fiat 124 Spider urzekły publiczność. Na stoisku FCA Group nie stały się jednak gwiazdami wieczoru. Ten status został zarezerwowany dla Tipo, którego nowe wersje nadwoziowe miały swój debiut, oraz długo wyczekiwanej Giulii w wersji cywilnej.

Jak już wspominałem Abarth 124 Spider jest bliźniaczo podobny do modelu Fiata o tej samej nazwie. Sama stylistyka i nawiązanie do poprzedniej wersji tego kabrioletu jest najlepszą rekomendacją dla włoskich stylistów. Wygląd trafia w punkt, a sam samochód od razu przyciąga wzrok. Mam nieodparte wrażenie, że tylko włosi potrafią tak wskrzesić stary model, by odnalazł się w świecie dzisiejszych samochodów. Baczni obserwatorzy zauważą również podobieństwo z Mazdą MX-5. Nic dziwnego. Abarth, Fiat i Mazda to wspólny projekt. Między Bogiem a prawdą to Włosi zaczerpnęli pomysł od Japończyków (a nawet podjęli z nimi współpracę), a MX-5 posłużyło do budowy obu wersji 124 Spider. Porównując Mazdę i Abartha (Fiata) ma się wrażenie, że włoski samochód jest dłuższy.
Pozostawiając kwestie estetyki z tyłu głowy przyszedł czas na najlepsze. Najwyższa pora ruszyć w trasę. Pierwsze wrażenie nie jest pozytywne. Do samochodu wsiada się ze sporym trudem. Podwozie Abartha 124 Spider znajduje się tuż nad ziemią. Jest tak nisko, że zajmując miejsce za kierownicą ma się wrażenie, że każdy inny samochód to Suv. Nic bardziej mylnego. Mam po prostu mamy piekielnie niskie auto. Przestrzeni nie brakuje, a kilka małych schowków pomoże w zachowaniu porządku w aucie.

O wnętrzu nie ma sensu dużo opowiadać. Jest prosto i intuicyjnie, a przy tym ładnie. Wnętrze Abartha chyba nie ma słabych punktów. O sportowym charakterze auta świadczą subtelne dodatki. Centralne miejsce tablicy przyrządów zajmuje duży obrotomierz z czerwonym blatem wyskalowany do 8 000 obr/min. Czerwone przeszycia na kierownicy, dźwigni zmiany biegów i dźwigni hamulca ręcznego fajnie komponują się z całością. Resztę uzupełniają potężne sportowe siedzenia, które nie tylko dotrze wyglądają, ale również znakomicie się sprawdzają podczas szybkiego pokonywania zakrętów. Ich wykonanie jest zwieńczeniem bardzo dobrego wnętrza. Połączenie czerwonej skóry z czarną alcantarą, wbudowane na stałe zagłówki oraz duży napis „Abarth” na środku foteli jest strzałem w dziesiątkę. Tak powinno wyglądać wnętrze sportowego samochodu. Na tunelu środkowym jest jeszcze jeden dodatek, który przypomina mi, że mam do czynienia z jadowitym skorpionem. To podłokietnik wykonany z alcantary wzbogacony o nadrukowany znaczek niebezpiecznego gada. Elememty oddające ducha sportowego 124 Spider nie są nachalne, a przez to nie odwracają uwagi kierowcy. W końcu w samochodzie sportowym najbardziej liczy się przyjemność z jazdy.

 

Odpalanie samochodu z pozycji guzika to dodatkowy element dzięki któremu wiemy, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. Zadziorny ryk nieznacznie przyspiesza mój puls.  Myślę sobie – w końcu znalazłem coś dla siebie. Wolnossący silnik o dużej pojemności idealnie pasuje do charakteru samochodu. Przez głowę przemyka pytanie – czyżby FCA skorzystało z technologii Mazdy również w kwestii jednostki napędowej? Nie. Pod maską pracuje przecież doładowana jednostka o pojemności 1,4 l i mocy 170 KM. Zatem skąd ten dźwięk? Możliwe, że to tylko zasługa układu wydechowego? A może jednak nie mamy do czynienia ze standardową jednostką z serii MultiAir niczym ta w Alfa Romeo Giulietta? To nie ważne. Bezgranicznie pokochałem ten dźwięk. Abarth uwielbia być wkręcany na wysokie obroty. Redukcja biegu przed światłami, charakterystyczny bulgot, mocny dźwięk i przestaję być anonimowy na ulicy. Kolejne światła, znowu redukcja i energiczne wciśnięcie gazu. I tak do czerwonego pola.  Pomimo ponad trzydziestu lat na karku czuje się jak młodzieniaszek, który kupił swoje pierwsze auto. W tym momencie przestaje być statecznym mężczyzną, przykładnym mężem. Jad skorpiona przejmuje nade mną kontrolę. Naprawdę czuje się jak nastolatek. Chcę więcej i więcej. Wrażenia z jazdy są wyśmienite. Bezpośredni układ kierowniczy w połączeniu z twardym zawieszeniem daje sporo pewności w prowadzeniu. I oto właśnie chodzi. Każdy kilometr to niesamowita przygoda. W mgnieniu oka zapominam o braku komfortu. Dalej chcę się cieszyć jazdą. Chcę wchodzić w ciasny łuk na granicy przyczepności, chcę zrzucić bieg na niższy i przy wyjściu z pętli szarpnąć mocno do przodu przy akompaniamencie rasowego dźwięku.  Do tego pasuje fenomenalna skrzynia biegów. Krótki skok, precyzyjne prowadzenie, a przy tym lekki opór. Nie dajcie się zwieźć – automaty są super, ale jeśli płynie w waszej krwi chociaż odrobina benzyny, to bezgranicznie pokochacie tą skrzynię.


Jest jeszcze jeden drobiazg za który pokochacie Abartha. To mechanizm otwierania dachu. Jednym ruchem ręki przesuwasz płócienne obicie i masz nad sobą piękne niebo. Tak, nie jest to modne elektryczne otwieranie. I w tym tkwi jego zaleta. Wyobraź sobie chłodny letni poranek. Ruszasz do pracy z zamkniętym dachem. Temperatura rośnie i rośnie. Trafiasz na korek. Chwila moment, bez ruszania zza kierownicy, jednym płynny ruchem usuwasz dach i otwiera się przed tobą nowa perspektywa. Robisz to w dowolnym momencie. We wspomnianym korku, czy czekając na zmianę świateł. Naprawdę niesamowite w swojej prostocie. Teraz nawet perspektywa pracy nie jest już taka straszna. Jadąc sobie dostojnie, powoli, wsłuchując się bulgotu silnika świat wydaje się piękniejszy. Wiesz po co żyjesz, wiesz co po idziesz to pracy. Już wiesz na co chcesz przeznaczyć swoje oszczędności. Wiesz też, że to nie ma nic wspólnego z rozsądkiem. Wracasz do domu rozpromieniony, zadowolony, szczęśliwy, z totalnym nieładem na głowie, a czekająca z obiadem żona spogląda z politowaniem. To nic. Dalej wiesz, że tego właśnie potrzebowałeś.

Tydzień z Abarthem przyniósł jeszcze jedną ważną myśl. Mając pod nogą 170KM i lekkie auto będziecie chcieli przydepnąć. Do prędkości 120 km/h jest cicho. Powyżej tej prędkości wasze uszy eksplodują. Nic nie pomogą podniesione szyby. Nie będzie przyjemnie, nie będzie miło. Będzie po prostu zdecydowanie za głośno.

O wrażeniach spotkania z tym samochodem można napisać książkę. Jest szybki, głośny, a bez dachu szpanerski. To idealne auto na niedzielny piknik za miastem, pierwszą randkę, czy też weekendowy wypad w góry. Jest po prostu samochodem, który sprawdzi się na co dzień, ale najwięcej przyjemności da okazjonalna przejażdżka. Przecież w gruncie rzeczy nie jest rodzinny, nie jest też wygodny. Nie nadaje się na duże zakupy (chociaż przy złożonym dachu kufer ma całkiem spory). Ma kilka wad i wiele zalet. Nie jest najszybszym kabrioletem jakim jeździłem, a przy tym nie jest tani. Pozwala poczuć się młodo i pomimo wszystko i tak chciałbym go mieć.

Tekst i zdjęcia: Paweł Oblizajek