Monthly Archives: Marzec 2018

Skoda Rapid Spaceback – samochód lepszy niż myślisz

Jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego w 2017 roku w Polsce zarejestrowano  483 067 sztuk samochodów osobowych. To wynik o ponad 16% lepszy niż przed rokiem. Z zaciekawieniem wgłębiłem się w statystyki i doszedłem do wniosku, że największym wygranym w naszej ojczyźnie jest Skoda. W pierwszej 15-stce najlepiej sprzedający się u nas samochodów znajdują się aż 4 auta czeskiego producenta. Co więcej, pierwsze miejsce zajęła Fabia, drugie Octavia, a trzecie zaś produkowana w Polsce Astra.  Do czołowej 10-tki zakwalifikował się jeszcze Rapid, a ranking uzupełnia Superb – zajmując 15 miejsce.

W czym tkwi więc sukces producenta z Mlada Boleslav? Czesi dzięki korzystania z komponentów Volkswagen stworzyli samochody trwałe, często ordynarnie przedstawiające swoją zaawansowaną technologie, a przy tym znaleźni idealny kompromis pomiędzy ceną a oczekiwaniami klientów. Przecież to Skoda stworzyła segment plus, a prekursorem takiego stanu rzeczy była Octavia. Model, oparty na Golfie, nie tylko zwyciężał ceną, ale przede wszystkim ilością miejsca wewnątrz i potężnym kufrem. Innym owocem sukcesu jest Rapid –  model który miałem okazje przetestować.

Skoda Rapid zadebiutowała na rynku w 2012 roku. Stylistycznie bazuje na pokazanym w Genewie modelu MissionL. Pomimo 6 lat obecności na rynku samochód nadal wygląda świeżo. 10 miejsce w rankingu sprzedaży nowych samochodów w Polsce jest nie tylko efektem bezgranicznej miłości Polaków do czeskiego produktu. Skoda zadbała o to, by samochód był konkurencyjny i dalej cieszył oko. W międzyczasie Rapid przeszedł aż 2 kuracje odmładzające. Oferte wzbogaciły również nowe jednostki napędowe – w tym diesel o pojemności 1,6 l i mocy 90 KM.

W lipcu 2013 roku Skoda po raz kolejny dała znać o swoim geniuszu. Nie jest tajemnicą, że najczęściej wybieraną wersją nadwoziową jest hatchback. W końcu to połączenie praktyczności z atrakcyjnym kształtem. Mając na uwadze braki w segmencie C (oferowana Octavia występowała tylko i wyłącznie w wersjach kombi oraz liftback) Skoda stworzyła Rapid o przydomku Spaceback. Już kilka miesięcy po pierwszych doniesieniach, samochód trafił do produkcji, a następnie do salonów sprzedaży.

Jeden z zimowych poranków nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Gdzieś z tyłu głowy miałem test kolejnej Skody. W końcu czym może mnie zaskoczyć nieco powiększona Fabia? Na podstawie opinii użytkowników doszedłem do wniosku, że jest to kolejny do bólu praktyczny model czeskiego producenta. Wszystko na swoim miejscu, maksymalna przestrzeń dla kierowcy i pasażerów, spory bagażnik. Dla fana motoryzacji szukającego wrażeń – nuda. Jakie było moje zdziwienie gdy pod blokiem zaparkowała Skoda Rapid w krwisto czerwonej barwie. Jeden drobiazg sprawił, że w końcu przestałem się obawiać tego testu. To znaczek Monte Carlo umieszczony na słupku przednich drzwi. Od tej pory wiedziałem, że czeka mnie przyjemny tydzień. Wbrew pozorom jeden dodatkowy emblemat nie oznacza, że mam do czynienia z sportową czy wyczynową wersją tego modelu. Pod maską dalej pracuje dobrze znany silnik o pojemności 1,4 l i mocy 125KM. Zatem co jest ekscytującego w z pozoru zwykłej Skodzie? To zerwanie z nudą, ta możliwość sprawdzenia czy w tej wyjątkowej wersji jest choćby mały pierwiastek czegoś wyjątkowego. O ile z zewnątrz tylko sprawne oko zauważy kilka dodatków, tyle wnętrze w końcu może się podobać. Muskularna kierownica z czerwonymi przeszyciami znakomicie leży w dłoniach. Elementy udające karbon nie przynoszą wstydu, a wręcz wnoszą odrobinę sportowego charakteru. Całość uzupełniają ogromne fotele z zintegrowanymi zagłówkami. Dawno nie widziałem takiego przyjaznego wnętrza w produkcie niemieckiego koncernu. Dla wielu z was będą to jednak tylko drobne akcenty, ale to właśnie one diametralnie zmieniają całość. Przy tym wszystkim – czytelność wskaźników i intuicyjność obsługi nadal pozostają na najwyższy poziomie.

Początkowy entuzjazm związany ze słynnym znaczkiem przywołującym na myśl słynną dzielnice Monaco, a także jeden z najbardziej niebezpiecznych wyścigów uliczny w Formule 1 szybko prysł. Oprócz akcentów sportowych, krwistoczerwonego lakieru i drapieżnych, a zarazem subtelnych dodatków Rapid Monte Carlo nie ma absolutnie nic ze sportowych genów. Samochód prowadzi się pewnie, świetnie wybiera nierówności dając przy tym maksymalny komfort dla pasażerów. I  na tym koniec. Chociaż kilkukrotnie próbowałem sprawdzić możliwości Skody przez dynamiczne wejście w zakręt, to przez pewne wątpliwości zawsze zostawiałem sobie pewien margines bezpieczeństwa. Nie potrafiłem bezgranicznie zaufać Skodzie i dać się nieść chwili. Płynnie działający automat, który w odpowiednim momencie redukuje bieg (szczególnie w trybie sport) w połączeniu z czułym układem kierowniczym wręcz zachęcał do odrobiny szaleństwa. Ostre jak brzytwa hamulce miały zaś dawać pewność, że w sytuacji zagrożenia zdążymy zareagować.  Kilkanaście prób, szybkie zmiany kierunków ruchu, czy dynamiczny start z pod świateł dał ostateczną odpowiedź. To nie jest samochód sportowy i nawet takiego nie udaje. Pod budzącą emocje karoserią kryje się zwykły i niezwykle poprawny samochód rodzinny. Rapid Monte Carlo udowadnia, że już nie musimy iść na kompromis. To fajne auto dla osób, które poszukują sportowego wizerunku, a przy tym na co dzień chcą mieć praktyczny i oszczędny samochód, który sprawdzi się przy odwożeniu dzieci do przedszkola, jak i podczas dłuższego urlopu. Nie będzie to też już kolejna nudna Skoda, która stoi pod oknami naszego bloku.

Rozsądnie skalkulowana cena, bardzo dobre wyposażenie, oszczędny silnik i świetna skrzynia automatyczna DSG opakowane w sportowe nadwozie, to krótka charakterystyka Rapida Monte Carlo. Na tle innych wersji tego samochodu czujemy się lepsi, bardziej uprzywilejowani, a może nawet wyjątkowi. Czujniki parkowania z kamerą, dobry zestaw audio, różne systemy bezpieczeństwa – to wszystko wpływa na wysoką ocenę tego modelu. Miejsca jak przystało na Skodę naprawdę nie brakuje, a za tylną kanapą znajdziemy pojemny bagażnik o regularnym kształcie. 415 l pojemności bagażnika wystarczy dla 4 osobowej rodziny, zaś wysoko podnoszona klapa ułatwi pakowanie.

Czy to jeden z tych samochodów, które chciałbym mieć? Na pewno tak. Duża ilość zalet szybko kamufluje drobne niedoskonałości. Skoda Rapid to złoty środek. To samochód, który pozwoli się wyróżnić, a przy tym będzie idealnym partnerem w codziennym życiu. Jest kolejną świetną propozycją Skody, która ma sposób jak dotrzeć do klientów.

Tekst i zdjęcia: Paweł Oblizajek

Renault Clio – zaskakuje nie tylko wyglądem.

80 tysięcy złotych. To i dużo i mało. Za podaną kwotę możemy kupić nie jedno auto popularnej w Polsce klasy kompakt. Szukając z uporem maniaka, może znajdziemy nawet jakiegoś przedstawiciela klasy średniej niższej. Z drugiej strony nie każdy potrzebuje taki duży samochód. Kwota 80 tysięcy złotych wystarczy też by kupić najnowszy model Renault Clio w najlepszej konfiguracji wyposażeniowej Intense. Miłym zaskoczeniem jest fakt, że pod maską nie pracuje turbodoładowana benzyna, a mocny i oszczędny diesel. Prawda, że kusząca propozycja? W zanadrzu mamy jeszcze rabat dealera czy okresową wyprzedaż rocznika. W tej sytuakcji już na wstępie wam powiem, warto!

Renault Clio nie trzeba przedstawiać. Każdy zna ten model. I generacja pokazana została w 1990 roku. Obecna IV generacja produkowana jest nieprzerwanie od 2012 roku. Za projekt odpowiedzialny jest Holender Laurens van den Acker, który swoje szlify w dziale projektowania zdobywał m.in. przy marce Bugatti. Projekt Clio określił trzema słowami: prosty, ciepły i zmysłowy. Patrząc na linie małego Renault ma się nieodparte wrażenie, że słowo „prosty” zdecydowanie tutaj nie pasuje. Wydaje się, że bryła nadwozia jest jakby ponadczasowa. Pomimo 4 lat obecności na rynku, nadal może się podobać. Słowo zmysłowy podobnie jak nazwa modelu nawiązuje również do muzy z mitologii greckiej o imieniu Klio. W przypadku nowego modelu nie wierzę, że jest to kwestia przypadku.

Clio w kwestiach stylistycznych zachwyca przede wszystkim przodem. Umiejętnie wkomponowane duże logo marki znakomicie prezentuje się na środku subtelnego grilla. Potężne reflektory przednie z wbudowanymi lampami do jazdy dziennej wykonanymi w technologii Led delikatnie zachodzą na maskę i idealnie komponują się z mocno wysuniętym do przodu zderzakiem. Całość sprawia wrażenie elegancji połączonej z nutą sportowego stylu. To nowy wizerunek Renault, który znajdziemy też w innych produktach tej marki.  Połączenie sportu i elegancji oraz połączenie minimalizmu z mocnym eksponowaniem detali – niewielu markom się to udaje. W przypadku Renault designer zdał egzamin na piątkę. Linia boczna w nowym Renault aż kipi francuzkim polotem. Z pozoru prosta linia drzwi kryje w sobie coś więcej. Delikatne wybrzuszenie w tylnej części nadaje charakteru, a ozdobna listwa wkomponowana w dolną ich część jest ciekawym elementem dekoracyjnym. Nie mam żadnych złudzeń – nie ochroni ona waszego Clio przed obiciami na ciasnym parkingu. Nie spełni więc swojej roli. I co z tego. Dodaje uroku i wygląda fenomenalnie. To wystarczy. Jest jeszcze jeden drobny element, który zwrócił moją uwagę gdy patrzę na samochód z tej perspektywy. To tylna klamka schowana wysoko na słupku drzwi. Zabieg zaczerpnięty od Włochów z Alfa Romeo jest kolejnym elementem stylizacyjnego sukcesu. Gładka powierzchnia (prostota), zmysłowe wybrzuszenie i dolna listwa. To tworzy całość o której wspominał projektant. To jego trzy słowa określające model. Czyżby Holender miał racje?

Tył testowanego samochodu najmniej zaskakuje. Uwagę po raz kolejny zwraca duże logo marki umieszczone centralnie na tylnej klapie oraz subtelne lampy. Liczne przetłoczenia dobrze komponują się z dynamiczną kreską przechodzącą od tylnych drzwi ku dachowi. Sama klapa bagażnika rozczarowuje małym wymiarem, przez co utrudniony jest dostęp do kufra. Zwieńczeniem całości jest chromowana listwa u dołu klapy bagażnika. Podobnym element znajdziemy na wspomnianych wyżej ozdobnych listwach bocznych.

Smaczku całości dodaje akcesoryjna kratka z czarnymi kwadratami, która jest ozdobą dachu. To tylko drobiazg, ale kolejny raz udowadnia, że nie tylko włosi dbają o detale.

O ile o projekcie bryły Clio można mówić w samym superlatywach i nazywać je najlepszym modelem w prawie 20-letniej historii, to wnętrze jest już tylko cieniem tego fenomenu. Żałuje, że projektantowi nie starczyło sił i samozaparcia by za fajnym pomysłem na linie nadwozia poszedł w parze fajny środek. Wnętrza Clio nie można zestawić z nadwoziem na zasadzie kontrastu. Przecież fajne sportowe z zewnątrz auto dobrze wyglądało by z prostym środkiem. Wszystko podporządkowane kierowcy, dbałość o komfort jego podróży, a przy tym maksymalną przyjemność z jazdy. Nic z tego. Środek to przede wszystkim duże, aczkolwiek ładne koło kierownicy oraz ogromny ciepłokrystaliczny wyświetlacz. Pod nim znajdują się delikatne kratki wlotu powietrza i panel obługi jednostrefowej, automatycznej klimatyzacji klimatyzacji. Co zatem jest nie tak spytacie? Najwyraźniej projektant wnętrza zapomniał znaczenia słowa ergonomia. W przypadku obsługi Clio nic nie jest oczywiste. Koło kierownicy, które nie jest przeładowane przyciskami tylko z porozu jest dobrym rozwiązaniem. Radio i zestaw głośnomówiący sterowane są z joystica zlokalizowanego pod spodem z prawej strony kierownicy. Francuzkiej fanaberii jeszcze nie koniec. Przycisk startera i miejsce na kartę-klucz znajdziemy na konsoli centralnej, a właściwie w dolnej jej części. Nie jest to najlepsze rozwiązanie. Pierwszy kontakt z autem sprawił pewne trudności w poszukiwaniu magicznego przycisku, a w dodatku dźwignia zmiany biegów przeszkadza w swobodnym dostępie. Pomysłów jak utrudnić życie kierowcy w Clio jest pod dostatkiem. Pierwsze miejsce w rankingu najbardziej nieporęcznego rozmierzenia przycisków sterowania zajmuje tempomat z ogranicznikiem prędkości. Widziałem już różne rozwiązania dla tego elementu wyposażenia. Były przyciski na kierownicy (Mitsubishi L200), była manetka zintegrowana z kierunkowskazami (Skoda Octavia), a nawet dodatkowa menetka po lewej stronie kierownicy (Alfa Romeo Giulietta). A jak jest w Renault Clio? Nie zgadniecie. Nie macie na to szans. Przycisk włączający tempomat znajdziecie na tunelu środkowym, pomiędzy przednimi fotelami. A żeby było ciekawiej, ustawienie żądanej prędkości wykonamy z pozycji kierownicy. Po prostu fenomen. Pozostałe elementy wyposażenia już tak nie zaskakują. Z pozoru trudne w obsłudze radio-tablet okazuje się intuicyjne. Sparowanie telefonu, ustawienie nawigacji czy wybranie własnego źródła muzyki jest wręcz dziecinnie łatwe. Nawigacja (chociaż nie miała wgranej najnowszej mapy) skutecznie radziła sobie na trasie czy w mieście. Zestaw głośnomówiący nie tylko nie zniekształcał głosu, ale też bardzo sprawnie łączył się z zapamiętanym telefonem. Lekkim minusem określiłbym zestaw audio. Nie ze względu na złą jakość dźwięku, słabe basy, ale ze względu na wadliwy interface. Pomimo kilku prób, nie udało mi się odłuchać ulubionej muzyki z własnego pendriva.

Pytanie, czy 80 tysięcy złotych to dużo czy mało nadal pozostaje otwarte. W przypadku Clio otrzymujemy fajnie opakowany samochód z kontrowersyjnym wnętrzem. Może jednak Renault daje klientowi coś więcej za wspomnianą sumę? Lista wyposażenia testowanej wersji jest naprawdę długa. Porównywanie z samochodami choćby z przed 3 lat nie ma sensu. Clio daje wszystko co niezbędnę, a nawet o wiele więcej. Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiła karta-kluczyk. Po zgaszeniu silnika i opuszczeniu samochodu, zamknie się nam automatycznie. Nie musimy sobie tym zaprzątać głowy. Sygnał zamknięcia jest miły dla ucha, a całość uzupełnia miły gest pożegnalny przednich i tylnych świateł. Taki system bezkluczykowego dostępu to ja rozumiem. Kolejne elementy wyposażenia – czujnik zmierzchu i czujnik deszczu są wygodne dla kierowcy. Jednak najbardziej przydatne w codziennej eksploatacji wydają się czujniki parkowania z przodu i z tyłu oraz kamera cofania. Fakt, przy deszczowej pogodzie jest użyteczność jest znikoma (oko kamery wkomponowano w tylny znaczek Renault), ale w normalnych warunkach po prostu daje radę. Wspomniane elementy wyposażenia to nie fanaberia. Sportowy projekt nadwozia mocno ograniczył wielkość szyb i lusterek wstecznych. Może czujniki i kamera to przy tych wymiaracach auta jeszcze nie konieczność, ale za komfort bestresowego parkowania warto nadwyrężyć nieco zakładany budżet.

Przestronność wnętrza można ocenić na mocną czwórkę. Pasażerom z przodu miejsca nie zabraknie. Fotele o sportowym wyglądzie świetnie trzymają, a dodatkowo wykonanie ich ze skóry połączonej z alcantarą wygląda solidnie. Użytkownicy przednich siedzeń po dłuższej trasie poczują jednak pewien niedosyt. Pod maską jest mocny i oszczędny diesel – aż chciałoby się wybrać w daleką podróż. Opisywane fotele szybko zniechęcą nas do takiego wyzwania. Wszystko za sprawą zbyt krótkiego siedziska. Fotel Clio niczym kij, ma dwa końce. Słaba część – siedzisko zrekompensowane jest bardzo dobrze wyprofilowanym podparciem. Naprawdę niewiele brakuje do ideału. Na tylnej kanapie Renault bez problemu przewieziemy dwójkę pasażerów. Podobnie jak użytkownicy przednich foteli – nie będą narzekali na brak komfortu. Ci, których los obdarzył zwrostem koszykarza mogą poczuć delikatny dyskomfort. Sportowa linia nadwozia zrobiła swoje. Nisko opadająca linia dachu skutecznie ogranicza miejsce nad głowami.  Bagażnik Renault Clio też robi dobre wrażenia. Ma regularny kształt i niezłą pojemność. 300 litrów – to jeden z lepszych wyników w swojej klasie.

Opis wrażeń estetycznych to jedno. Jednak dla kierowcy najważniejsze są wrażenia z jazdy. Clio w tej kwestii chyba najbardziej zaskakuje. O ile mnie pamięć nie myli samochody francuskie kojarzyły się z niebywałym komfortem, wręcz płynięciem przez dziury i nierówności. Traciła na tym radość z jazdy i pewność prowadzenia. W testowanym Renault jest inaczej. Samochód jest sztywny i o wiele lepiej trzyma się drogi niż przypuszczałem. Miejskie serpentyny pokonywane z nieco wyższą prędkością nie są już wyzwaniem. Samochód może nie prowadzi się jak po szynach, ale w porównaniu z poprzednikiem progres jest duży. Dużo lepsze wrażenie wywarł na mnie układ kierowniczy. Siła wspomagania jest neutralna. Pozwoli nam bez większego wysiłku manewrować po ciasnym parkingu, a w przypadku jazdy z zwiększą prędkością dostarcza to minimum wiedzy co się dzieje z przednimi kołami. Taki kompromis od Renault.

Podczas tygodniowego testu bardzo dobre opinie zebrał silnik konstrukcji Renault. Jednostka o pojemności 1,5 l i mocy 110 KM znakomicie radziła sobie z tym niezbyt ciężkim autem. Diesel z bezpośrednim wtryskiem paliwa typu CommonRail zaskakuje nie tylko wysokim momentem obrotowym wynoszącym 260 Nm (dostępnym już przy 1750 obr/min) ale też bardzo niskim spalaniem. Dynamiczna jazda na trasie, połączona z autostradą, a wskazówka poziomu paliwa jakby nie chciała drgnąć. Po przejechaniu 400 kilometrów z ciekawości spojrzałem na średnie spalanie. Wynosiło zaledwie 5 litrów. Za to kocham diesle. Można mówić, że dzisiejsze silniki benzynowe dorównują ropniakom pod względem spalania, a przewyższają kulturą pracy. Ja nie wierzę w te bajki. Renault Clio 1,5 dCi 110 KM ma zbiornik o pojemności 45 litrów. Bez większych problemów i ślamazarnej jazdy udało się się pokonać 900 kilometrów. To teraz pokażcie mi, która benzyna tak potrafi? Jazda w mieście, w porannych korkach i przy nierozgrzanym silniku podnosi nieco średni wynik. Realne 6 litrów na każde 100 kilometrów to dalej bardzo dobry rezultat. W poczuciu dziennikarskiego obowiązku zdradzę, że delikatne obchodzenie się pedałem gazu, nieprzekraczanie magicznej bariery 110 km/h oraz próby stosowania eco-drivingu przyniosą spore oszcędności w naszych portfelach. Jeżdząc jak przysłowiowy dziadek w kapeluszu i stosujac się do sygnalizowanej przez komputer konieczności zmiany biegów, uzyskujemy spalanie na poziomie 3,9 l/100km.

Spotkanie z Renault Clio przekonał mnie, że francuzi wykonali kawał dobrej pracy. Opakowanie Clio jest jednym z najlepszych na rynku, a jednostka napędowa pod maską potrafi dostarczyć emocji, a z drugiej strony jest mistrzem oszczędzania. Renault w tej konfiguracji to już nie tylko mieszczuch, ale także przyjemny połykacz kilometrów. W cenie bliskiej 80 tysięcy otrzymujemy kompletnie wyposażony samochód, który sprawdzi się w różnych warunkach. Wiele mankamentów z poprzedniego wcielenia Clio zostało poprawionych. Mocnych stron jest tak dużo, że przysłaniają one drobne niedostatki w dziedzinie ergonomii. Już na początku tekstu napisałem, że warto. Kolejny raz potwierdzam – warto. Nie będziecie zawiedzeni.

Tekst i zdjęcia: Paweł Oblizajek