Gdy myślisz Ferrari

Myślisz Ferrari. Oczyma wyobraźni widzisz krwiście czerwony samochód mknący drogą. Nie byle jaką! To górskie serpentyny o perfekcyjnej nawierzchni. Trasa tylko dla Ciebie – pusta jakby na całej planecie był tylko ten jeden samochód. Nad Tobą niebo tak błękitne, że nie jesteś w stanie znaleźć tak idealnego odcienia w palecie barw Pantone.

Chociaż widok Ferrari na naszych drogach nie jest szczególnie rzadki to każdy ogląda się za nim, jakby był to naturalny odruch. Zawsze jest to jednak widok choćby w małym promilu podobny do powyższego opisu. Ferrari to legenda, która nadaje kolorów otaczającej go rzeczywistości. Dla mnie ta legenda umarła dziś o poranku.

Szary poranek, niewyróżnijący się kolorem samochód, zaparkowany w sposób najgorszy z możliwych. Ferrari FF. Nie jest ważne, że pewnie kierowca musiał wyskoczyć po coś na parę sekund. Zostawił to auto niczym zwykłego Golfa.

Ferrari FF na ulicach warszawy

To zetknięcie wyobrażenia z prozą życia to jak oglądanie zdjęć starych samochodów i patrzenie na nie na żywo z bliska. Na fotografiach są oszałamiające – lakier taki nasycony, WOW, linia nadwozia tak bliska perfekcji. Tymczasem na zlocie old timerów, wiele z nich ma lekkie wgięcia karoserii, koliste ślady od mycia na lakierze i połamane elementy wyposażenia.

Sam odczuwałem to bardzo dobrze gdy szukałem dla siebie Barchetty. Na zdjęciach wszystkie zawsze mają urok i styl. Dopiero gdy jesteśmy z nimi twarzą w twarz (reflektorem w twarz?) okazywało się, że klamki odpadały, guma uszczelek jest sparciała, a lakier delikatnie mówiąc wyblakły. Wracając jednak do spotkania ze stosunkowo nowym samochodem…

Gdy gwiazda ekranu pojawia się bez makijażu w tłumie przeciętnych szarych kowalskich traci aurę niezwykłości. Jej wyjątkowość jest przykryta przez szarość dnia. A w nas coś umiera.

Leave a Comment

Your email address will not be published.