Pierwszy raz z włoszką…

„Ciao bella ragazza” – wyszeptałem, kiedy zobaczyłem jej obłe kształty. Przymrużone spojrzenie sugerowało dobrą zabawę. Spotkaliśmy się w dzień. „Ładna dziś pogoda” – pomyślałem – „w sam raz na spacer z odkryta głową”. Pomogłem jej się rozebrać z czerwonej sukienki, zamruczała radośnie kiedy przekręciłem kluczyk w stacyjce.

Przeżyłem z nią swój pierwszy raz.

Fiat Barchetta, rocznik 2000. 75k przebiegu, benzyna 1,8, 16v, 130 kucy. Zawieszenie seria. Mało emocji, prawda? Tak mogłoby się wydawać. Chociaż tłumik końcowy „buzzer” przyjemnie bulgotał za plecami.

Na co dzień jest kochanką Petera. Dziś potrzebował podstawienia auta, więc ochoczo zgodziłem
się na ten krótki, Ale jak się później okazało, ognisty romans.

barchetta warszawa

Słońce grzało zdrowo, warszawskie korki dodatkowo podkręcały temperaturę, ale.. po przedarciu się przez miejską dżunglę, „Barka” złapała oddech. 4k obrotów na dwójce i strzał w podłogę. 4, 5, 6, 7 i pół tysiąca obrotów. Trójka. Krótki skok skrzyni daje poczucie jazdy zadziornym autem. Przyspieszenie nie powala. Dynamicznie, ale nie wgniata w pikowaną, bordową skórę pokrywającą fotele. Ale nie o to tutaj chodzi.

Nie obchodziły mnie spojrzenia przechodniów, nie zwracałem uwagi na plastiki w środku, w głębokim poważaniu znalazł się uliczny smród i hałas, nawet niedziałające radio mnie nie interesowało. Brak klimy i korki skutecznie grzały, byłem cały mokry. To też miałem w dupie.

Pierwszy raz w życiu jechałem kabrio. Jeździliśmy ok 2h.. krótko? wystarczająco by skradła kilka
uderzeń mojego serca tylko dla siebie.
Dała mi wolność, radość, zabawę. Szaleliśmy jak para nastolatków w czasach pierwszej miłości.
Nie zwracałem uwagi na jej wady. Dała mi więcej frajdy niż mogłem się spodziewać.

Okazała się kobietą jakie lubię.. delikatna, subtelna, kobieca.. Ale lubiąca brutalne traktowanie..