duże auto

Peugeot Traveller – nazwa zobowiązuje.

Peugeot Traveller to nowość w gamie francuskiego producenta. Pokazany w 2016 roku model stał się z miejsca mocnym graczem w gronie rodzinnych vanów. Sama nazwa – Traveller (z ang. podróżnik) zobowiązuje. Wakacyjny wypoczynek we Włoszech stał się więc doskonałą okazją do bliższego poznania.

 

Nigdy nie byłem fanem aut francuskich. Pomijając fakt ciągłych stereotypów o awaryjnej elektronice, samochody te nie były w gronie moich faworytów. Nie chodzi o uprzedzenia, niepochlebne opinie. Tym bym się przecież nie zraził. Może po prostu nie było takiego modelu, który zawrócił by mi w głowie. Traveller i jego test długodystansowy miał przekonać mnie, że Peugeotowi warto zaufać. Cytując chińskiego filozofa Laoziego „Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku”. Podjąłem się wyzwania i ruszyłem w daleką podróż. Starannie zaplanowana przez moją Żonę trasa obejmowała autostrady, drogi ekspresowe, zatłoczone miasta oraz wąskie i kręte drogi. Trasa prowdziła przez: Niemcy, Szwajcarię, Włochy oraz Austrię. Tak zaplanowany „urlop” pozwolił odsłonić wszystkie wady i zalety francuskiego podróżnika.

 

Patrząc na przód pojazdu trudno pomylić go z modelem innej marki. Charakterystyczne wyłupiaste reflektory, duży grill z dodatkowymi chromowanymi elementami nawiązuje do innych modelu francuskiego producenta.  Osobną kwestią jest fakt, czy w ten sposób zaprojektowane samochody mogą się podobać, czy raczej bliżej nam do starych Peugeotów choćby 307. Jak na vana przystało nadwozie jest pudełkowate. Skoro zależy nam na przestrzeni wewnątrz auta, to trzeba było iść na kompromis. Brak tu dizajnerskich przetłoczeń czy drobnych stylistycznych smaczków. Jest prosto i ładnie. O ile przód Travellera trudno pomylić z innym autem tej klasy, to tył jest podobny do wielu innych modeli. Nie ma absolutnie nic, co wyróżnia go na tle konkurencji.  Skoro mówimy już o kwestiach estetycznych, cieszy dbałość o podróżujących. Przyciemnione tylne szyby nie tylko ładnie wyglądają i chronią przed upałem, ale również pozwalają podróżować pasażerom zachowując pewną dozę intymności. Dostęp do tylnych siedzeń jest co najmniej zadowalający. Drzwi są duże, a sposób ich otwierania przez przesuwanie jest wygodnym rozwiązaniem. Docenią to  szczególnie osoby, które często parkują na ciasnym parkingu. Dostęp do części bagażowej uzyskujemy przez dużą klapę. Przestrzeni na bagaż nie brakuje, podłoga jest płaska, a kształt powierzchni regularny. I to wystarczy. Jest to samochód dla podróżujących. Nie musi mieć siateczek i zaczepów. W końcu nie jest to samochód, którym będziemy jeździli co rano po bułki do osiedlowej piekarni. Najważniejsza jest tu przestrzeń na bagaże naszych kompanów podróży. Dla płci pięknej jest jeszcze jedno udogodnienie. Gdy nie chcemy wyjmować wszystkiego z bagażnika, a tylko jakiś drobiazg, można otworzyć samą tylną szybę. Jest to bardzo wygodne rozwiązanie. Kobietom szczególnie się spodoba, bo nie ukrywajmy – sama klapa bagażnika do lekkich nie należy.

Na tym zakończę kwestie wizualne. W końcu wygląd jest tylko kwestią gustu, a w dodatku zaledwie ułamek z nas kupuje samochód oczami. W przypadku Travellera czynnikiem decydującym jest przecież wspominana wielokrotnie przestrzeń. Po zajęciu miejsca za kierownicą stwierdzam, że jej naprawdę nie brakuje. Z przodu mamy dwa duże, wygodne fotele z podłokietnikami. Cieszy lekko wysunięta część podkolanowa. Docenimy to podczas dłuższej podróży. W oparciach przednich foteli znajdziemy wbudowane mini stoliczki. Macie ochotę na małą ucztę podczas podróży? To żaden problem. Dwa kolejne rzędy to połączenie kanapy dwuosobowej i osobnego fotela. Odpowiednie ukształtowanie, miły w dotyku materiał sprawiają, że aż chce się podróżować. Peugeot może pomieścić maksymalnie 8 osób. W podróż wybrać się może całkiem spora rodzinka. Gdy nie potrzebujemy tylu miejsc, możemy wyjąć zarówno obie kanapy, jak i tylne fotele. Jest to dziecinne łatwe. Jeden uchwyt, przechylenie do przodu i po sprawie. Ale czy demontaż jest naprawdę taki lekki i przyjemny jak opisują to w instrukcji? Otóż nie. Zawsze byłem zdania, że nie ma rozwiązań idealnych. Skoro siedziska łatwo się demontuje, to gdzie jest haczyk? Jak wspominałem fotele są obszerne, a przez to również niestety ciężkie. O ile z demontażem i ponownym montażem nie będzie najmniejszego problemu, o tyle do przeniesienia przydałby się silny mężczyzna.

Skoro już jesteśmy przy wnętrzu auta, warto wspomnieć o kwestiach obsługi. Do tej pory myślałem, że po kilku latach spędzonych w branży motoryzacyjnej nic mnie nie zaskoczy. W Peugeocie poczułem się jednak jak pierwszoklasista rozpoczynający swoją naukę. Obsługa klimatyzacji  z pozoru nie należała do trudnych. Typowy dwustrefowy climatronik. Kilkanaście kilometrów w tropikalnym słońcu sprawiło, że pasażerowie tylnych rzędów zaczęli się dopominać o powiew świeżego powietrza. I tu zaczęły się schody. Przecież klimatyzacja chodzi, a z przodu czujemy przyjemny chłodek. Z tyłu natomiast każdy rząd ma osobny nawiew. Dwa tylne rzędy mają jeden wspólny panel klimatyzacji regulowany ręcznie. Pierwsze próby ustawienia nawiewu spełzły na niczym. Poddałem się. I w tym momencie przypomniały mi się słowa o rzekomej awaryjnej elektronice francuzów. Ale że to już? To nowe auto. Przecierałem oczy ze zdumienia. Dopiero po chwili na przednim panelu klimatyzacji znalazłem magiczny guzik. Uruchomił on nawiew na tył. Pasażerowie odetchnęli z ulgą. Tego było im potrzeba. Z biegiem czasu uznałem to nawet za sensowne rozwiązanie. W końcu gdy nikt nie podróżuje z tyłu, po co włączać nawiew i dodatkowo obciążać auto?

Czy coś jeszcze zaskakuje? Obsługa tempomatu. Połączenie go z ogranicznikiem prędkości sprawia, że bardzo trudno ustawić żądaną wartość. Jest to jeden z najmniej przemyślanych elementów w aucie. Podczas dłuższej trasy jest to element bez którego nie wyobrażam sobie życia. Dlatego chcąc czy nie chcąc przełknąłem gorzką pigułkę i cierpliwie uczyłem się obsługi tego elementu. Spytacie zatem, czy jest coś co mi się spodobało? Ku mojemu zaskoczeniu był to tzw. tempomat adaptacyjny. Nie jest to codzienność, nawet w znacznie droższych autach. Dzięki temu samochód sam wyhamowywał przed przeszkodą, a jak się już oddaliła sam zwiększał prędkość. Wyjątkowo przydatna funkcja. Na autostradzie, przy zmęczeniu kierowcy nie trudno o chwilę nieuwagi. Peugeot sam kontroluje więc odległość za ciebie. Czułość sensora można ustawić w trzech położeniach. A skoro już o zmęczeniu mowa – Traveller po kilkugodzinnej przejażdżce sugeruje nam przerwę. Dłuższa jazda bez przerwy skutkuje charakterystycznym sygnałem dźwiękowym i informacją na ekranie pomiędzy zegarami.

Moda na dotykowe ekrany zdecydowanie nie przypadła mi do gustu. Ten w Peugeocie był czytelny i łatwy w obsłudze. Z poziomu radia dało się wyłączyć kilka funkcji w samochodzie. Wśród nich był wspomniany wyżej adaptacyjny tempomat (wraz z czułością jego ustawienia), asystent parkowania, czy system start/stop. Podczas całej podróży właśnie do tego systemu miałem najwięcej uwag. Już sam pomysł wprowadzenia rzeczonego ustrojstwa jest dla mnie całkowicie bez sensu. Argumenty o ekologii i zauważalnej oszczędności paliwa można włożyć między bajki. Przy odrobinie szczęścia zaoszczędzimy 0,1 l na 100 km, no może na 200 km. Poziom irytacji przy działaniu systemu  chyba nigdy nie zostanie zrekompensowany. A co było najgorsze w systemie start/stop Peugeota? Brak logiki jego działania. Jadąc 30 km/h w kierunku ronda wrzuciłem luz. I co? Samochód zgasł. Droga wolna, naciskam więc sprzęgło w celu wrzucenia „dwójki” i nic. Musiałem ponownie uruchomić pojazd z pozycji stacyjki. Sytuacja zdarzała się kilkukrotnie. Najgorszy w tym jest fakt, że systemu nie da się wyłączyć na stałe. Po każdym ponownym uruchomieniu pojazdu musimy pamiętać o wyłączeniu systemu z pozycji radia. Sami przyznajcie. Jest to mało wygodne.

Podsumowując przygodę z Travellerem zapomniałem o najważniejszym. Samochody kocha się też za prowadzenie i komfort jazdy. Wspomniany Peugeot nie należy do małych samochodów, więc manewrowanie po ciasnym parkingu nie jest łatwe. Asystent parkowania składający się z czujników z przodu i z tyłu poprawia nieco sytuacje. Przy tym aucie aż prosi się o kamerę cofania w standardzie. Dodatkowym ułatwieniem dla kierowcy są duże lusterka boczne. Trudno jednoznacznie opisać podróż Travellerem. Komfort jazdy i prowadzenie trzeba uznać za poprawne. Zawieszenie dalekie jest od tych miękkich, znanych z innych aut francuskich. Wspomaganie kierownicy jest zaś ciut za mocne. Przy bardziej dynamicznej jeździe trudno wyczuć co się dzieje z przednią osią. Nie jest to wada, niedogodność. W końcu nie mamy do czynienia z autem choćby z duszą sportowca. Pewne niedociągnięcia związane z prowadzeniem samochodu nadrabia jednostka napędowa. Pod maską dumnie pracował silnik diesla o pojemności 2.0 litra z rodziny HDi. Dobrze znana jednostka konstrukcji PSA rozwija moc maksymalną wynoszącą 177 KM. Jest to optymalna jednostka do samochodu o masie własnej znacznie przekraczającej  1,5 tony. Przy sześciu pasażerach na pokładzie mocy nigdy nie zabrakło. Dopiero ostre wzniesienia w szwajcarskich Alpach pokazały, że silnik mógłby być ciut mocniejszy. Jednak szybka redukcja na niższy bieg załatwiała sprawę. W ciągu 10-dniowego urlopu pokonałem dystans 4.200 kilometrów ze średnią prędkością 89 km/h. Największym zaskoczeniem było jednak średnie zużycie paliwa – 7,4 l /100 km to naprawdę dobry wynik. Test z oszczędności zdany na mocną piątkę.

Długo zastanawiałem się jak podsumować moją podróż Travellerem. To samochód o dwóch obliczach. Przede wszystkim to wygodny i oszczędny kompan, który sprawdzi się na długich dystansach w podróży z rodziną. To model, który na wskroś jest przygotowany pod pasażerów, a kwestie ergonomii i łatwości obsługi pozostają na drugim miejscu. Uważam, że Peugeot przygotował samochód, który jest w stanie nawiązać równą walkę z konkurencją. Nie wyróżnia się wyglądem, nie zaskakuje zaawansowaną technologią. Jest po prostu dobrym podróżnikiem.

Dziękujemy firmie ACME-CAR Szymon Wieczorek z Poznania za użyczenie samochodu do testu.

Tekst i zdjęcia: Paweł Oblizajek