Zachorowałem

Od kilku dni czułem się nieco gorzej. Brak kaszlu czy podwyższonej temperatury utrudniał jednak wskazanie prawidłowej diagnozy.

Rano budziłem się mniej wyspany niż zwykle. W trakcie dnia już po godzinie łapała mnie “zamuła” i brak chęci do działania. Tymczasem projektów w pracy pojawiło się ponad to co człowiek może z entuzjazmem zrealizować. Powrót do domu – wokoło ciemność potęgowała przygnębienie. Wieczorami chęć do pisania zmieniała się w chęć zapadnięcia w głęboki sen. Nie chciało mi się nawet gotować. Nie chciało mi się nic.

Zachorowałem…

na brak samochodu.

 

W zeszły weekend zostawiłem samochód w Krakowie i przyjechałem do Warszawy pociągiem. Logiczny i rozsądny wybór. Bilety w obie strony wyniosły mniej niż przepaliłbym samochodem. Poruszanie po Warszawie też, co podpowiada rozsądek, jest bez samochodu możliwe i bardzo opłacalne. Z mieszkania do biura mam blisko. Dwadzieścia minut na piechotę. Nawet poruszanie się po mieście jest przecież super bo niedaleko mam linię metra.

No właśnie. Czy uzależniłem się od samochodu czy jest on po prostu moją dawką pozytywnej energii każdego dnia?

Zdecydowanie opcja druga!

Nawet krótka trasa dom-praca-dom pozwalała na chwilę porzucić troski. Poczuć moc pod prawą stopą. Dać się pochłonąć prowadzeniu – myśleć tylko o drodze.

Bez tego czuję się, tylko po 4 dniach bez samochodu, czułem pustkę.

 

Podobne nawroty tej choroby miewam miewałem wcześniej gdy nie było czasu przejechać się samochodem. Nie jest jednak tak, że gdy potrzebuję zluzować to upalam samochód. Po prostu wybieram odcinek drogi z dobrą widocznością i pokonuję kilka zakrętów. Nie musi być szybko.

Muszę zaangażować się w prowadzenie. To co ładuje mnie energią.

Nie zdziwiłbym się gdyby okazało się, że w wyniku przeciążeń jakim poddawane jest ciało podczas prowadzenia samochodu wydzielają się hormony szczęścia.

Co ciekawe nawrotów choroby nie mam nawet gdy z własnej woli nie korzystam przez tydzień lub dwa z samochodu. Wystarczy, że wiem że czeka w garażu. Mogę wtedy zawsze chwycić kurtkę, włożyć dłoń do kieszeni i wyciągnąć kluczyk. Posiadać szansę pojechania gdzieś.

Nie muszę korzystać z tej możliwości. Wystarczy, że ją mam.

 

Dlatego dziś wybrałem się samochodem firmowym do na spotkanie biznesowe. Mogłem wziąć taksówkę i byłby to rozsądniejszy wybór. Ale potraktowałem to jako kurację dla duszy. Pomogło.

jazda-samochodem-lekiem-na-cale-zlo

Nazwę moją przypadłość syndromem kierowcy bez samochodu.

Lek jest bardzo prosty. Mój jest zaparkowany 300 kilometrów stąd. Już jutro przyjmę dawkę, która powinna pomóc.

  • No nie dziwne, że musiałeś w końcu poprowadzić jakiś samochód, ale to się właśnie nazywa zamiłowanie do motoryzacji :)

  • Dobry lek i to bez recepty!

    • majkel

      Żeby był tylko tańszy:)

      • Najlepszy lek w tych okolicznościach. A wychodzę z założenia, że na lekach nie ma co oszczędzać:)

  • Nie można tak finansowo kalkulować. To wszystko dla zdrowia. A na zdrowiu nie wolno oszczędzać :)